I. Argumenty przemawiające za wojną prewencyjną
III. Zestawienie tych argumentów
IV. Oznaki przygotowań do wojny prewencyjnej
Koła dyplomatyczne ostatnio dyskutują częściej aniżeli przedtem zagadnienie, czy Polska przygotowuje wojnę prewencyjną przeciwko Rzeszy Niemieckiej. Przez całe miesiące poświęcałem stale mą uwagę specjalnie tej kwestii i mam zaszczyt przedstawić poniższą ocenę obecnego stanu tych badań.
Rosnące tendencje rewizjonistyczne, które umacniają się wszędzie, budziły w Polsce rosnący niepokój i obawę, zwłaszcza od chwili, gdy sprawa ta zaostrzyła się w związku z dyskusją nad paktem czterech. To samo dotyczy sprawy rozbrojenia. Polska oczywiście wyraźnie oświadczyła, że nie uznaje równości praw przyznanych Niemcom w deklaracji pięciu mocarstw w grudniu ub. r. i że będzie przeciwstawiać się w dalszym ciągu wszystkimi siłami, jakie ma w swej dyspozycji, praktycznemu zastosowaniu tej zasady. Nie ma ona jednak żadnej pewności, że ten opór przyniesie sukcesy. Z rosnącą obawą przewidują więc tutaj, ze rozwój sytuacji doprowadzi albo do stopniowego wyrównania obecnych różnic w zbrojeniach, albo - na wypadek fiaska konferencji rozbrojeniowej stworzy Niemcom możliwość uzbrojenia się. W obydwu wypadkach powstanie w rezultacie zmniejszenie przewagi wojskowej Polski, posiadanej przez nią obecnie nad Niemcami. Dochodzą do tego obawy związane z rozwojem w Niemczech. Obawiają się tutaj żywiołowej siły, z jaką wybuchła w Niemczech idea narodowa. Polacy przewidują, że jeżeli raz zostaną rozbite łańcuchy ograniczające zbrojenia, to cała energia Niemiec skoncentruje się na wielkim celu, tj. na wschodnich granicach, i że Niemcy nie cofną się wówczas przed użyciem siły. Tak więc rośnie przekonanie tych, którzy są zdecydowani nie ustąpić ani piędzi ziemi - a wśród nich znajduje się wielu obecnie wpływowych polityków - że nie będzie można w żadnym wypadku uniknąć wojny. To jednak oznacza, że polscy mężowie stanu stoją przed wielkim dylematem: Czy czekać, aż Niemcy wzmocnią się militarnie, aż dokona się ich wewnętrzna konsolidacja, aż stosunek sił przechyli się na korzyść Niemiec w wyniku ostatecznego usunięcia niebezpieczeństwa komunistycznego i zupełnego wyeliminowania wszystkich pacyfistycznych elementów? Czy też raczej nie należy, póki jeszcze czas, wykorzystać swojej przewagi militarnej, doprowadzając do radykalnego rozwiązania sprawy korytarza przez zdobycie Prus Wschodnich? Nie ma chyba żadnej wątpliwości, że - zwłaszcza w kołach wojskowych - bierne oczekiwanie traktowane jest jako zbrodnia przeciw narodowi.
Z polskiego punktu widzenia również sytuacja międzynarodowa zdaje się sprzyjać aktywnej polityce. Jest faktem, który powoduje tutaj tyleż oburzenia, co obawy, że Francja coraz mniej skłania się ku temu, aby wszcząć wojnę dla korytarza. Mimo wszystko jednak, uważa się wciąż za pewne, że Francja postawiona przed faktem dokonanym nie pozostawi swej sojuszniczki w biedzie. Jeśli idzie o Małą Ententę, to liczą tu co najmniej na pośrednie, jeśli nie bezpośrednie poparcie. Dla elementów podżegnujących do wojny specjalną uwagę odgrywa jednak przekonanie, że od czasu zawarcia paktu o nieagresji (z ZSRR), a zwłaszcza od ostatnio obserwowanego ochłodzenia stosunków rosyjsko-niemieckich, przestała straszyć groźba rosyjska. Ostatnio osobistość polityczna, specjalnie bliska Beckowi, potwierdziła mi z dużą pewnością, że Związek Radziecki złożył wiążące oświadczenie, iż w wypadku konfliktu polsko-niemieckiego pozostanie absolutnie neutralny. Chociaż można wątpić w ścisłość tego twierdzenia, to zdaje się ono potwierdzać, jak dalece rozpowszechnione jest tutaj mniemanie, że Polska ma już kryte tyły. Wśród zewnętrzno-politycznych konsyderacji istnieje również myśl, że faits accomplis przyniosły już powodzenie w przypadku puczu Żeligowskiego i że akcja Japonii dała obecnie nowy dowód dobrej strony takiej polityki. Fakt, że w obu wypadkach Liga Narodów zawiodła, rozwiewa jakiekolwiek obawy w jej wmieszanie się, specjalnie jeśli potrafi się przez chytre manewrowanie nie okazać w oczach świata jako agresorzy.
Jeśli idzie o politykę wewnętrzną, to również istnieją powody do zbytniego nieodkładania jakichkolwiek możliwych komplikacji wojennych. Póki żyje Piłsudski, posiada on państwo ściśle zorganizowane do swej dyspozycji, co może nie mieć miejsca po jego śmierci.
Zarówno przyczyny wojskowe, jak i przyczyny zewnętrzno- i wewnętrzno-polityczne prowadziłyby więc do pozytywnej odpowiedzi na pytanie o możliwości wojny prewencyjnej, gdyby z drugiej strony nie było równie poważnych argumentów przeciwko niej. Istnieją one. Przede wszystkim należy zanotować, że ryzyko wojskowe, związane z konfliktem z Niemcami, nie jest tu w szerokich kołach traktowane jako niewielkie. Odnosi się to w ogóle, przede wszystkim i w pierwszym rzędzie do ludności, wśród której można stwierdzić wyraźną psychozę strachu. Jest to jednak prawdą i w odniesieniu do kół wojskowych, wśród których niewątpliwie krążą idee o wojskowych możliwościach Niemiec, nie odpowiadające niestety w zupełności faktom. Uważa się, że formacje SA i Stahlhelmu zostaną włączone do Reichswehry jako w pełni efektywne formacje liniowe. Sądzi się dalej, że istnieją na wielką skalę ogromne składy broni; o ile zaś nie ma takich składów, to istnieje obawa, że braki mogą w krótkim okresie czasu nadrobić wspaniałe urządzenia przemysłowe Niemiec. W sprawach organizacji w ogóle, a zwłaszcza w sprawie kierownictwa wojskowego czują się Polacy gorszymi od Niemców. Prócz tego również armia polska nie jest gotowa; znawcy uważają, że broń i amunicja jako też warunki wyszkolenia są niewystarczające na wypadek wojny. Co do możliwości polegania na personelu wojskowym: należy zwrócić uwagę, że jedna trzecia część armii składa się z mniejszości, którą z trudem można traktować jako możliwą do użycia na froncie. Co więcej, w wojsku istnieją wyraźne wpływy komunistyczne, zwłaszcza wśród podoficerów. Wielka liczba spraw o szpiegostwo, w których występują również oficerowie, dowodzi, że i korpus oficerski również nie jest ponad podejrzenie. Należy również wziąć pod uwagę krańcowo trudną sytuację gospodarczą i katastrofalny nacisk na finanse - dwie przyczyny, które z trudem mogłyby stanowić poparcie dla idei awantur wojennych. Trudno wyobrazić sobie, w jaki sposób mogłaby Polska finansować wojnę bez dostatecznej pomocy ze strony jakiegoś mocarstwa zagranicznego. Trudności wewnętrzne, z którymi Polska się boryka są dostatecznie wielkie, aby uzasadnić pytanie, czy wojna nie zagroziłaby zarówno systemowi społecznemu, jak i obecnemu reżimowi, zwłaszcza w wypadku, gdyby - w braku bezpośrednich decydujących sukcesów - entuzjazm narodowy, który na pewno nie trudno tu zapalić jak słomiany ogień, musiał poddać próbie swą rzeczywistą wartość.
W dyskusji nad wojną prewencyjną często się podkreśla - moim zdaniem słusznie - że nie istnieją żadne jasne cele wojenne, które uzasadniałyby wchodzącą w grę stawkę. Są niewątpliwie (w Polsce) ludzie, którzy marzą o zdobyciu Prus Wschodnich i Górnego Śląska. Ale gdyby nawet udało się Polsce po zajęciu tych ziem narzucić Berlinowi warunki pokoju, to chyba zdaje sobie ona sprawę z tego, że łup ten nie może stać się jej trwałym posiadaniem. Asymilacja tych czysto niemieckich terenów jest poza kwestią. Aby je spolonizować należałoby zastosować środki średniowieczne, o wiele ostrzejsze od tych, które zastosowano w Poznaniu i na Pomorzu. Ponad wszystko jednak, taki siłą narzucony pokój można by utrzymać tylko dopóty, dopóki istniałaby siła, która go narzuciła. Polska jednak, z całą jej megalomanią, nie może chyba oczekiwać tego w obliczu istnienia 80-milionowego narodu, który nigdy i w żadnych okolicznościach nie pogodzi się z taką grabieżą. Marzenie to mogłoby spełnić się jedynie wówczas, gdyby przeciwko Niemcom wystąpiła nowa koalicja, podobna do tej z 1914 roku. W rzeczywistości liczą tu na możliwość, że narodowo umocnione Niemcy wywołają przeciwko sobie taką koalicję. Ale czynnik ten należałoby raczej traktować jako argument przeciwko wojnie prewencyjnej, albowiem pretensje rewizjonistyczne Niemiec, przeciwko którym miałaby być skierowana wojna prewencyjna, stałyby się wówczas i tak iluzorycznymi. Polska nie musiałaby więc wyciągać dla siebie kasztanów z ognia.
Tak więc przeciwko mocnym argumentom, przemawiającym z polskiego punktu widzenia za wojną prewencyjną, istnieją również poważne argumenty przeciwko niej. Być może, że w chwili obecnej argumenty za i przeciw mniej więcej równoważą się, ale chociaż tak być może, to w rachubę wchodzą dwie nieznane wielkości. W pierwszym rzędzie nie można przewidzieć, jaki skutek może mieć jakikolwiek incydent, który w wypadku nadzwyczajnej, napiętej atmosfery może się zdarzyć kiedykolwiek i który wobec znanego tutejszego uczulenia w sprawach prestiżowych może łatwo stworzyć nastrój, w którym ustaną wszelkie rozsądne rozważania. Co więcej, czynnik irracjonalny istnieje w nieobliczalności osób dzierżących władzę. Piłsudskiego, który nie był nigdy specjalnie zainteresowany w byłych terenach niemieckich, na pewno uważa się powszechnie za przeciwnika konfliktu z Niemcami. Nikt jednak nie wie, co on myśli albo czego pragnie i plany jego pokryte są nie dającym się przeniknąć mrokiem. Znajdujący się obok niego kierownik polityki zagranicznej, pułkownik Beck, ma tylko jeden cel: stabilizację obecnego stanu posiadania Polski. Jest on człowiekiem mocnych metod i nie zawaha się na pewno przed użyciem silnych środków, gdyby sądził, że nie potrafi uzyskać swych celów w żaden inny sposób. Powstania poznańskie i górnośląskie, jako też zajęcie Wilna przez Żeligowskiego pokazują aż nazbyt jasno, z jakimi możliwościami należy się liczyć w tym kraju; wczorajsze zaś uroczystości w Wilnie i parada powstańców na Górnym Śląsku przypominają o tym na nowo.
Trudno stwierdzić obecnie, czy rzeczywiście zupełnie serio przygotowuje się plan wojny prewencyjnej. Wszyscy dyplomaci i wszyscy attachés wojskowi, których sondowałem osobiście albo przez innych, odpowiedzieli jednomyślnie na to pytanie w sposób negatywny.
Oznaki przygotowań wojennych, wyliczone w załączonym memorandum, można równie dobrze traktować jako uzupełnienie zbrojeń na wszelki wypadek, również jako środki obronne przeciwko niebezpieczeństwu ataku niemieckiego, co się tutaj często dyskutuje i co nie musi być znakiem planowania przez Polskę wojny prewencyjnej. Co zdaje mi się być dużo poważniejszą sprawą, to ogromna agitacja, którą się obecnie prowadzi przeciwko Niemcom, przy czym kieruje nią niewątpliwie rząd. Trudno jest zrozumieć przyczyny, dla których rząd popiera nawet bojkot towarów niemieckich, chociaż musi wiedzieć, że oczekiwana kontrakcja Niemiec może zagrozić prawie 20 procentom polskiego eksportu. Podobnie agitację powstańców górnośląskich wówczas, gdy w Niemczech przywracano zupełny spokój, można wytłumaczyć tylko jako próbę wywołania incydentów. Jest to igranie z ogniem w taki sam sposób, jakim posłużyła się Polska ubiegłego roku w czasie incydentu z "Wichrem", a obecnie również w sprawie Westerplatte. Należy jednak wziąć pod uwagę jedną sprawę: metoda pobrzękiwania szablą, fanatyzacja ludności, różne gesty wojenne ostatnich kilku tygodni i przesadzanie niebezpieczeństwa grożącego ze strony Niemiec są ważnymi rekwizytami scenicznymi polskiej polityki w jej walce przeciwko rozbrojeniu i rewizjonizmowi. Ostatnio dodano do tych metod alarmowanie na temat ostrego niebezpieczeństwa wojny. Trudno powiedzieć, ile z tego ma charakter rzeczywisty, a ile służy tylko jako bluff.
W każdym jednak wypadku można powiedzieć, że rząd polski utrzymuje atmosferę, która daje przyczyny do obaw. Utrzymuje się stopniowo wrażenie, że nie byłby on niezadowolony, gdyby prowokacje wywołały kontrakcję ze strony Niemiec.
v. Moltke
Załącznik
Powrót do wykazu
chronologicznego